Upragnione dwie kreski
Dziś jestem szcześliwą matką pięknej i zdrowej córeczki, lecz kosztowało mnie to naprawdę przeogromną liczbę wyrzeczeń, ponieważ przez prawie 3 lata miałam takiego bzika na punkcie macierzyństwa, że nawet mój małżonek często robił przerwy w pracy aby beztrosko pobaraszkować w celu spłodzenia potomka.
Jeśli spojrzeć by na to chłodno to trzeba sobie jasno powiedzieć, że wiele przyszłych matek, które dołączają do grona szczęśliwych staraczek często podporządkowują im całe życie swoje i przede wszystkim swojego partnera, który mimo miłości często ma już serdecznie dosyć.
Pamiętam jak podczas pewnego marcowego wieczoru usiedliśmy z mężem po dobrej kolacji przy lampce wina i zaczęliśmy rozmowę o dziecku. Wiadomo, że pierwszym wariantem jest nasza samodzielność, z którą jednak nie było większego problemu, ponieważ oboje pracujemy i całkiem przywoicie zarabiamy.
Ja pracuję na stanowisku doradcy prawnego, a mój mąż jest dość dobrym architektem. Mamy już po 27 lat, a u mnie od pewnego czasu zaczęła narastać ogromna potrzeba macierzyństwa, jak tylko widziałam maleństwa na spacerze od razu chciałam mieć swoje. Co więcej bardzo zdziwiło mnie podejście do tematu mojego męża, który mimo tego iż zawsze bardzo wysoko cenił sobie karierę po rozmowie chciał tego dziecka tak samo jak ja.
Rozpoczęliśmy zatem starania, lecz nic nie wychodziło. Sprawdzałam czy jestem w ciąży kilka razy w miesiącu, lecz upragnionych dwóch kresek nie było. Zrobiliśmy wszystkie badania, zaczęliśmy nawet znacnzie bardziej dbać o zdrowie i próbowaliśmy przez prawie trzy lata.
Kiedy lekarze powiedzieli, że nie rozumieją dlaczego nie mogę zajść w ciążę, wybraliśmy się z mężem na wycieczkę w Alpy aby od tego wszystkiego odpocząć i stało się. Po imprezce zakrapianej dość mocno alkoholem brykaliśmy całą noc, wogóle nie myśląc o dziecku. Po miesiącu byłam w ciąży i doszłam do wniosku, że w wielu przypadkach im mocniej się starasz tym efekty są w wielu przypadkach gorsze.