Rytułały naszych maluchów
Jako matka malutkiego Wojtka musze przyznać, że mój maluch ma szereg bardzo dziwacznych rytułałów, które przyprawiają mnie o śmiech do rozpuku. Ostatnio się ze śmiechu popłakałam bo mój mały podczas spacerku na wsi ujrzał krowę i po dokładnym jej obejrzeniu zawołał: Mamo ale wielki Pies!
Zawsze jak jesteśmy na wakacjach u mojej rodzinki na wsi to śmiechu z moim małym mężczyzną mam co nie miara. Pewnego razu przez prawie 5 minut wpatrywał się i wnikiliwie badał krowi placek. Problem w tym, że po długich tłumaczeniach małemu, że to nie jest do jedzenia mały wpadł na pomysł, że zacznie lepić z tego kulki, które nie wiadomo skąd świetnie nadają się do rzucania w babcię.
Tak samo ma z kilkoma swoim ukochanymi przedmiotami. Obcowanie z nimi mały Wojtasek polubił tak bardzo, że jak trzeba mu je zabrać np. do prania to mam całodobową wojnę. Pierwszą z tego typu rzeczy jest jego własny kocyk. Tak go nazywam bo w rzeczywistości jest to szmatka, która lata świetności ma już dawno za sobą.
Jednak Wojtas namiętnie i to całymi godzinami się z nim smyra. Wszystkie rogi całego kocyka są non stop mokre od śliny malucha i maja ten specyficzny zapaszek, a co za tym idzie trzeba go dość często prać, a co za tym idzie toczyć wytrwałe boje z małym o zabranie jego ulubionej szmatki.
Kolejną zabawką jest jego ulubiony miś, który ma na imie bobo. Tenże pluszowy delikwent również jest przykładem na pomysłowość mojego synka. Ponieważ Bobo jest nieco większy od mojego małego rozrabiaki, mały wymyślił, żeby się w nim chować. Pluszak jest prawie pusty w śroku i mały po ropruciu przytulanki włazi prawie cały do środka. Potem mam biegającego na ludzkich nóżkach włochatego niedźwiadka.